| PO POLSKU | PO S'LOONSKU |
PO POLSKU |
|
UWAGI |
| A ZE WYNRZYKYM NA DOLE |
|
WIOSNA, SZEROKA | WIOSNOOM, SZEROKOOM, | |
| C Z KRESKOOM NA WIYRHU |
|
CWIERC, PAPROC | C'WIERC',
PAPROC',
cwierc', paproc' |
|
| CH |
|
CHOWAC, CHORZOW | HOWAC', HORZOOW
howac', Horzoow |
|
| E Z KRYSKOOM NA DOLE |
A YN OON E |
BEBEN
NOGE PEDZEL WEGIEL SIE |
BYMBYN
NOGA PYNDZEL WOONGEL SE |
|
| EN ( N Z KRYSKOON NA WIYRHU) |
|
SWORZEN, MARZEN, KAMIEN | SWORZYN', MARZYN',KAMIYN'
sworzyn', marzyn',kamiyn', |
|
| IE |
|
MAGIEL, | MAGEL | |
| N Z WYNRZYKYM NA WIYRHU |
|
KAMIEN | KAMIYN'
kamiyn' |
|
| O Z KRESKOOM NA WIYRHU |
|
JASKOLKA, GORA | JASKOOUKA, GOORA | |
| S Z KRESKOOM NA WIYRHU |
|
WIES, CZESC | WIES', CZES'C'
wies', czes'c' |
|
| Z Z WYNRZYKYM NA WIYRHU |
|
ZLEZ | ZLYZ'
zlyz' |
|
| Z Z KROPKOOM NA WIYRHU |
|
ZABA, PAPIEZ | RZABA, PAPIYRZ | |
| L Z KRYSKOOM WE SIRODKU |
|
LODYGA, | UODYGA, | |
| U PRZED L Z KRYSKOOM |
|
ARTYKUL | ARTYKOOU | |
UWAGI MILE WIDZIANE:
Joozef Kulisz:
SKROOTY:
Urzywoomy apostrofu do skrootoow kere sie stsuje we godce codziynnyj:
POSZOURZEH - POSZOU'EH
-
dodowoomy apostrof po czasowniku i dodowoomy
skroocoono koon'coowka np. eh
Inksze morzliwos'ci skrootoow:
Antooni Respondek:
"Oto Poon Boog przyn'dzie,
z rzeszoom S'wiyntyh,
k`noom przybyn'dzie,
( dwa wyrazy idzie pouoonczyc'
apostrofym k`noom
-
ku
noom)
S'wiatuos'c' wielko w dziyn' oow byn'dzie,
ALLELUJA !"
MATRYCA JYNZYKA S'LOONSKIGO DO MS WORD - ANTOONI RESPONDEK
Jynzyk s'loonski to sprawa, jako mie bardzo mocno
interesuje, morze
nawet jes to moja obsesjo.
Jerzeli hcymy, rzeby nasza kulura przetrwaua, muszymy miec' jynzyk.
Moim
zdaniym to jes nojwarzniejsze.
Rzeby nasza mowa szuo nazwac' jynzykiym, musi uoona speunic' dwa warunki:
- musi noom dac' poczucie swojskos'ci,
- musi sie kojarzyc' z czyms' piyknym, musi dowac'
poczucie piykna
ludzioom sie nioom posugujooncym.
To drugie jes bardzo warzne. Jynzyk mo bardzo srogi wpuyw na psychika
cowieka. Dopuki niy bydziymy mieli poczucio, rze nasz jynzyk jes piykny,
bydziymy sami siebie i siebie nawzajym uwarzac' podswiadoomie za gorszych
i
zawsze bydziymy przegrywac' z innymi (na wuasne rzyczynie). Sprawny
i piykny
jynzyk to kolosalny boonus dziynki kierymu ludzie z innych stroon s'wiata
mogoom sie peunij uozwinoonc' i bez to majoom nad nami przewaga.
Zdaje mi sie, rze my wszyscy niy zdowoomy se z tego
sprawy. Hcymy
godac', ale niy dboomy uo to, rzeby godac' piyknie.
Rzeby jynzyk dowou poczucie piykna, po piyrsze musi
byc'
uporzoondkowany. Niy morze byc' tak, rze karzdy to samo suowo pisze
inaczyj.
Reguuy pisownie muszoom byc' przejrzyste i logiczne. Poza tym musi
byc
uporzoondkowane suownictwo i gramatyka. Niy morze byc' tak, rze w suowniku
(na stroonie RepublikaSilesia) pod literoom "g" jes i suowo "glacok"
i
"gupielak". Trza sie zdecydowac', czy bydziymy urzywac' s'loonskij
koon'coowki "-ok" czy mazowieckij "-ak". Przejrzystosc', logika i
uporzoondkowanie soom (wbrew tymu co sie dzisiej niy roz pisze) istotnym
warunkiym piykna. Dziwi mie, rze S'loonzoki, kierzi podobno majoom
zamiuowanie do porzoondku, do tyj pory niy zadbali uo to, rzeby
uporzoondkowac' swooj jynzyk!
Po drugie, muszoom sie znojs' ludzie, kierzi pokorzoom
noom, jak tego
naszego jynzyka jynzyka piyknie urzywac'. Muszoom sie pojawic' wiersze,
powies'ci, epopeje itp, rzeby byuo sie na czym wzorowac' i kogo nasladowac'.
A wszyscy muszoom dbac' uo to, rzeby po s'loonsku niy godac' byle jak.
To tyla uo jynzyku. Jak na obsesjo - styknie.
Joozek,
Politehnika Gliwicko
Jan Goczoł
Potrzebujemy języka !
Nasza mowa wymiera. Jak mówi czasami prof. Miodek, „wycofuje się”.
Można ją jeszcze usłyszeć na terenach wiejskich, zdala od centrów kulturalnych,
raczej od ludzi starszych wiekiem. Młodzi mieszkańcy miast, ludzie lepiej
wykształceni, choć przeważnie jeszcze nieźle ją rozumieją, nie chcą się
już nią posługiwać.
Dla wielu ludzi nie znających mowy śląskiej z domu, gdzie używało
się jej w sposób naturalny, lub słabo ją pamiętających, mówienie po śląsku
oznacza po prostu mówienie byle jaką „wsiową” lub slangową polszczyzną.
Wielokrotnie spotkałem Polaków, którzy wyczuwając mój śląski akcent, być
może chcąc mi zrobić przyjemność, starali się mówić do mnie, jak im się
wydawało, po śląsku. W istocie mówili byle jaką polszczyzną, wplatając
w nią parę znanych z kabaretów niemiecko brzmiących słów, całe mnóstwo
polskich wyrażeń slangowych a także co nieco wulgaryzmów. Walnie do rozpowszechnienia
się tego przekonania przyczyniają się media, które lansują kabaretowo -
jarmarczny i prymitywny model śląskości.
Także i my, Ślązacy wyrośli i wychowani w śląskich domach, w „atmosferze”
śląskiej mowy, choć ją kochamy, też w jakiś sposób mamy poczucie jej brzydoty
i gorszości. Bez psychicznych barier potrafimy rozmawiać po śląsku z rodzeństwem,
z rodzicami i krewnymi. Do nich „godało sie” od zawsze, przed nimi nie
ma sensu się ukrywać. W kontaktach z nieznajomymi mówienie „po naszymu”
przychodzi nam z trudnością. Nie umiemy też rozmawiać po śląsku z ludźmi,
przed którymi czujemy respekt, z przełożonymi, ze starszymi, z nauczycielami.
Pracując jako nauczyciel na uczelni wielokrotnie zaobserwowałem to zjawisko,
próbując na zajęciach zagadywać gwarą do studentów, aby i ich sprowokować
do tego samego. Często wychodził z tego bełkot. Widziałem, że oni, mimo
że chcą mówić po śląsku, jakoś nie potrafią. Zaczynają się jąkać, mieszają
słowa polskie ze śląskimi a także z różnymi wyrażeniami slangowymi.
Rozmawianie z kimś „po naszymu” trąci pewną poufałością, która kłóci
się z dystansem, jaki odczuwamy w stosunku do niektórych ludzi. Nie potrafimy
w naszej mowie znaleźć form adekwatnych do wyrażania szacunku, jaki w naturalny
sposób z naszej strony pewnym osobom się należy. Nie umiemy mówić w sposób
elegancki i uroczysty.
Wielkim i smutnym szokiem było dla mnie odkrycie, że dwaj moi znajomi,
rodowici Ślązacy, do swoich małych dzieci mówią po polsku. Sami na co dzień
mówią gwarą, tak rozmawiają ze swoimi żonami, tak zwracają się do krewnych.
Kiedy zapytałem dlaczego, usłyszałem, że to jakoś samo tak wyszło, że inaczej
nie potrafią. Mówili to ze smutkiem, myślę więc, że nie ma w tym wyrachowania
i konformizmu. Nasza mowa nie daje poczucia piękna. Podobnie jak my, mówiąc
do kogoś, komu chcemy okazać szacunek, podświadomie czujemy, że bardziej
adekwatne będzie użycie języka literackiego, tak rodzice, chcąc swym dzieciom
dać to, co najlepsze, podświadomie przechodzą na polski.
Jesteśmy więc rozdarci, jak ta Judymowa sosna. Z jednej strony nasza
mowa kojarzy się nam z tym, co bardzo osobiste i intymne, z naszym domem
rodzinnym, ze swojskością, z bezpieczeństwem, z miłością. Chcemy więc ją
zachować. Z drugiej strony czujemy, że jest ona gorsza, brzydsza, że brak
w niej piękna. W naszym narzeczu mówimy więc niewyraźnie i cicho bo języki
nasze są podcięte ...
To odczucie gorszości, bylejakości języka automatycznie przenosi
się na ludzi się nim posługujących. Sami postrzegamy naszych pobratymców
jako bardziej pospolitych, mniej godnych szacunku. Chłopcy godający po
śląsku uważani są za mniej atrakcyjnych, dziewczyny za brzydsze. Ten stosunek
dotyczy wreszcie samooceny człowieka. Sami siebie oceniamy jako mniej wartościowych.
Wobec Polaków mówiących „poprawnie” po polsku odczuwamy kompleks niższości.
Albo tłumiąc w sobie żal próbujemy się do nich dostosować, albo zazdroszcząc
im separujemy się i okopujemy w naszej śląskości, razem z językiem odrzucając
wyższą kulturę, piękno i intelekt.
Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego tak jest. Co jest
źródłem upośledzenia naszej mowy. Niewątpliwie ogromne znaczenie mają tu
przyzwyczajenia ludzi, nabyte podczas dziesięcioleci pieczołowitego niszczenia
jej, rugowania ze szkół, mediów i innych miejsc publicznych oraz przedstawiania
jej jako mowy niewykształconych wieśniaków i roboli, niegodnej człowieka
kulturalnego. Ale czy przyczyna takiego stanu rzeczy jest tylko na zewnątrz?
Dlaczego nasza mowa nie daje tego odczucia piękna, które mamy słuchając
np. poezji w dobrym wykonaniu, albo oglądając przedstawienie teatralne.
Czy przyczyna po części nie tkwi w nas samych, ponieważ sami nie szanujemy
naszej mowy mówiąc chaotycznie i byle jak? Czasami można jeszcze usłyszeć
starszych ludzi godających pięknie, aż serce rośnie i chce się ich słuchać
i słuchać. Oni pamiętają język, jakiego używało się dawniej, kiedy jeszcze
nie było telewizji a w niej „Nauki jazdy” i „Świętej wojny”. Jak niestety
rzadkie jest to zjawisko!
Cóż jest przyczyną takiego a nie innego odczucia estetycznego?
Dlaczego jedne rzeczy odczuwamy jako piękne, a inne jako brzydkie? Czy
są to tylko pewne przyzwyczajenia ludzi, moda, która się zmienia i każe
nam raz lubić małe zielone samochody o kanciastych kształtach, a za dwa
lata auta duże, bordowe i raczej zaokrąglone? To też. Ale czy jest pod
tym całym blichtrem coś, co się nie zmienia co sezon, jakaś trwała i prawdziwa
wartość? Myślę, że tak. Zapewne zaprotestuje teraz wiele postmodernistycznych
autorytetów, ale moim zdaniem warunkiem koniecznym (choć nie wystarczającym),
żebyśmy mogli odczuwać coś jako piękne jest pewna staranność „wykonania”,
wewnętrzna spójność i logika, harmonia i porządek. Dlatego wolimy rzeczy
wykonane porządnie od tych zrobionych tandetnie. Dlatego lepiej czujemy
się rozmawiając z kimś uczesanym i ubranym porządnie niż z kimś rozczochranym
ubranym w zwisające spodnie z których wystaje pognieciona koszula.
To powiązanie piękna z porządkiem było intuicyjnie odczuwane
przez ludzi od dawna, myślę nawet, że dawniej było ono odczuwane znacznie
wyraźniej niż obecnie. Dlatego Polacy słowo „ładny” wywiedli od słowa „ład”.
Dlatego słowo „kosmetyki”, czyli upiększacze, pochodzi od greckiego słowa
„kosmos” oznaczającego właśnie porządek, ład, który Grecy przeciwstawiali
chaosowi, czyli nieporządkowi i zamieszaniu.
Problem polega na tym, że nasza mowa tego podstawowego warunku nie
spełnia. Nasza mowa nie jest uporządkowana. Nasza mowa jest chaosem a nie
kosmosem i dlatego tak trudno jest nam mówić porządnie i pięknie, dlatego
często odczuwamy ją jako brzydszą i gorszą. I myślę, że wielu z nas uwierzyło
już, że tak to ma być. Tak jak kiedyś polska szlachta wierzyła, że „Rzeczpospolita
nierządem stoi”, tak my za resztą kraju pozwoliliśmy się przekonać, że
istotą mówienia po śląsku jest po prostu mówienie byle jak po polsku. Oklaskujemy
i wynosimy na szczyty popularności ludzi często prymitywnych, sprowadzających
naszą mowę i tradycję do poziomu rynsztoka.
To poczucie piękna języka, a raczej jego brak, oddziałuje i na nasze
zewnętrze i na nasze wnętrze. W oddziaływaniu na zewnątrz język można by
przyrównać do ubrania. Każdy z nas chce się ubierać starannie i ładnie.
Nie mam tu na myśli gonienia za każdą nową modą. Mam na myśli to, co jest
zdrowe, czyli unikanie niedbalstwa. Naturalne jest, że chcemy być schludni
i ubierać się w czyste, wyprane rzeczy. Na specjalne okazje, np. wtedy
gdy chcemy podkreślić uroczysty charakter jakiegoś wydarzenia, albo komuś
okazać szacunek, ubieramy się szczególnie elegancko. Uważalibyśmy za gruby
nietakt, gdyby ktoś poszedł do ślubu w potarganych dżinsach. Podobnie nie
wypada iść na sumę do kościoła w przepoconej podkoszulce, adidasach i szortach
- nie idzie się przecież na spotkanie z byle kim, tylko z samym Panem Bogiem.
Język pełni podobną funkcję „zewnętrzną”. Spotykając ludzi chcemy „ubierać
się” w porządny, czysty i schludny język. Jeśli do naszego rozmówcy mówimy
byle jak, manifestujemy w ten sposób brak szacunku. Podobnie, jeśli ktoś
mówi do nas ładnie, postrzegamy go jako wartościowszego człowieka i sami
też czujemy się dowartościowani, bo okazano nam szacunek.
Ale język ma też funkcję wewnętrzną. Język jest nie tylko narzędziem
do komunikowania się ludzi między sobą. Jest to też narzędzie do komunikowania
się człowieka z samym sobą. Język jest w pewnym sensie „ubraniem” dla naszego
intelektu, albo inaczej „narzędziem do myślenia”. Myślimy zawsze w jakimś
języku. Nawet jeśli nie wszystkie myśli wypowiadamy na głos, zawsze formułujemy
je za pomocą języka. Uważam więc, że kształt tego „ubrania”, albo sprawność
„narzędzia” mają kolosalny wpływ na to, co myślimy i kim jesteśmy. Jak
skarżą się czasami fizycy i filozofowie, wielu rzeczy nie potrafimy zrozumieć,
bo w znanym nam języku brakuje odpowiednich słów i konstrukcji, żeby je
wyrazić. Jeśli nasz język jest nieuporządkowany i byle jaki, całe nasze
myślenie jest byle jakie. Jeśli nasz rozum jest byle jaki, całe nasze życie
jest byle jakie. Jeżeli sam do siebie mówię byle jak, to znaczy, że sam
sobie nie okazuję szacunku i sam siebie uważam za mniej wartościowego.
Często wydaje mi się, że wielu z nas z tej bylejakości uczyniło swoją życiową
filozofię. Jest to rodzaj jakiegoś samobójstwa duchowego. I powstaje w
naszej psychice głębokie pęknięcie, bo przecież z drugiej strony cenimy
sobie ład i porządek.
Płk. Ignacy Kowalczewski, oficer z polskiego garnizonu stacjonującego
przed wojną w Tarnowskich Górach, napisał w swoim pamiętniku: „Niewątpliwie
górujemy nad Ślązakami kulturą społeczną i towarzyską, a szczególnie najdoskonalszym
narzędziem ludzkim - mową poprawną. Choć wielu z nich stoi od nas na pewno
znacznie wyżej pod względem intelektualnym, czy też możliwości materialnych
...” Czy czasem tu nie tkwi źródło naszego upośledzenia w życiu społecznym,
naszego wiecznego kompleksu niższości, który każe nam dystansować się od
kultury i edukacji, który powstrzymuje nas przed podejmowaniem życiowych
i cywilizacyjnych wyzwań i sprawia, że na wolnym rynku idei i dóbr znowu
jakby zaczynamy pozostawać w tyle, choć podobno jesteśmy pracowitsi, bardziej
zdyscyplinowani i wytrwali? Czy nie jest to jedna z przyczyn tego, że lud
porównywalnie liczny jak niejeden europejski naród nie potrafi wydać z
siebie dość ludzi światłych, wreszcie pochodzących stąd, którzy potrafiliby
wyprowadzić region z zapaści? Czy to, że ciągle przegrywamy z przyjezdnymi
ze Wschodu i z Zachodu nie wynika z tego, że oni mają nad nami tę kolosalną
przewagę w postaci najdoskonalszego narzędzia ludzkiego - mowy poprawnej
?
Nie samym chlebem człowiek żyje. Człowiek potrzebuje piękna. Pan
Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo i wpisał w nasze serca tęsknotę
do piękna razem z pragnieniem dobra. Potrzebujemy piękna tak samo, a może
nawet bardziej, niż jedzenia i powietrza. Tylko że o ile zawsze ceniliśmy
dobroć, to nasza ascetyczna mentalność kazała nam się do piękna odnosić
z rezerwą. Traktowaliśmy je zawsze nieco podejrzliwie, myląc je z blichtrem
i przemijającą modą, uważając je za zastrzeżony dla możnych tego świata
zbytek i fanaberię a nawet za grzech. Rzadko też go szukaliśmy. Obawiam
się, że nie potrafię nawet w naszej godce znaleźć słowa odpowiedniego do
nazwania tego pojęcia!
A natury ludzkiej oszukać się nie da. Od pewnego czasu zastanawia
mnie pewien fenomen. Śląsk zawsze słynął z zamiłowania do muzyki. Podobno
mamy obecnie na Śląsku najprężniejsze środowisko muzyczne w Polsce a śląscy
kompozytorzy znani są na świecie. Księża z kolei chwalą śpiew wiernych
w kościele, który podobno ciągle jeszcze wyraźnie odróżnia nas od reszty
kraju. Czy nie ma tu kontrastu w stosunku do ubóstwa naszego regionu w
dziedzinie sztuk związanych ze słowem, tj. literatury i teatru? Czy nie
jest tak, że wobec braku języka, który byłby nasz i jednocześnie byłby
wystarczająco szlachetnym i doskonałym tworzywem dla twórczości artystycznej,
nasza tęsknota za pięknem wyraża się w muzyce, która podobno jest „językiem
międzynarodowym”? Czy nie jest to świadectwo jakiegoś okaleczenia? Bo muzyka
jest językiem serca a nie umysłu i normalnego języka zastąpić nie może.
Jeśli więc chcemy przetrwać, jeśli chcemy się normalnie rozwijać,
potrzebujemy języka. Potrzebujemy języka, który byłby nasz, tj. dawał nam
poczucie swojskości, i jednocześnie dawał nam poczucie piękna. Warunkiem
koniecznym przywrócenia naszej mowie piękna jest jej uporządkowanie. Dziwię
się, że Ślązacy, podobno mający przywiązanie do porządku „zakodowane w
genach”, nie zdobyli się do tej pory na to, żeby uporządkować swoją mowę!
Środkiem do uporządkowania naszej mowy jest język pisany. Dlaczego
język pisany? Po pierwsze dlatego, że porządkując naszą mowę musimy się
jej niejako na nowo nauczyć. Forma pisana jest mniej ulotna niż mówiona.
Znacznie łatwiej jest rozpowszechniać teksty pisane niż nagrania dźwiękowe.
Znacznie łatwiej jest się z nich uczyć. Po drugie, język pisany, jako bardziej
trwały i łatwiejszy do udokumentowania od mówionego, wymusza większą staranność.
Pisanie po śląsku zmusi nas do używania naszej mowy z większym szacunkiem,
namysłem i w sposób bardziej świadomy.
Wielokrotnie słyszałem opinie, że nie jest nam potrzebny standard
języka pisanego. Można przecież zapisywać teksty „fonetycznie”, używając
reguł ortograficznych języka polskiego, do których przywykliśmy. Tymczasem
każdy człowiek mówi trochę inaczej, a słyszy jeszcze inaczej. Jeśli każdy
będzie zapisywał słowa tak, jak je słyszy i jak mu się wydaje, że jest
dobrze, powstanie z tego tylko zamieszanie. Właśnie z taką sytuacją mamy
do czynienia w tej chwili. Ostatnio przecież nawet dość sporo pisze się
po śląsku a także w innych gwarach. I okazuje się, że tzw. pisownia „fonetyczna”
jest w rzeczywistości tylko pewną gwarową stylizacją standardowej polszczyzny,
w dalece niedoskonały sposób odzwierciedlającą fonetykę mowy, która jest
zapisywana. Ktoś, kto nie zna gwary z domu, nie jest w stanie takiego tekstu
dobrze przeczytać. Z tego powodu wspaniałą książkę kś. Tischnera „Historia
filozofii po góralsku” trzeba było uzupełnić kilkoma kasetami magnetofonowymi
z nagraną mową prawdziwych Podhalan!
Na dodatek, czego zresztą można się było spodziewać, każdy autor
zapisuje „fonetycznie” język inaczej. Zdarza się, że w tekstach tego samego
autora to samo słowo zapisywane jest na kilka sposobów. To potęguje odczucie
chaosu i niedoskonałości naszej mowy. To bardzo utrudnia odbiór tekstów,
bo człowiek czyta oczami a nie uszami! Jeśli nie ma przejrzystych reguł
ortograficznych i gramatrycznych, jeśli nie ma ustalonego sposobu zapisywania
poszczególnych słów, jeśli każdy robi to inaczej, to czytając taki tekst
musimy sobie każde słowo niejako powtórzyć w myślach, żeby je zrozumieć.
To sprawia, że czytanie jest czasochłonne i męczące. W taki sposób czytają
tylko dzieci uczące się czytać. Dorosły człowiek czyta oczami, bez powtarzania
słów w pamięci kojarząc do razu ciąg znaków z jego znaczeniem. Postęp cywilizacyjny
wymusza na nas konieczność szybkiego „przetwarzania” coraz większych ilości
informacji tekstowej. Ostatnio modne stało się nawet tzw. szybkie czytanie.
Ludzie są skłonni drogo płacić za naukę tej umiejętności, organizuje się
zawody, a najlepsi są podobno w stanie przeczytać kilkusetstronicową książkę
w pół godziny. Jeśli nie dopracujemy się powszechnie zaakceptowanego standardu,
wtedy pisany śląski nigdy nie stanie się sprawnym narzędziem porozumiewania
się ludzi między sobą.
Język pisany w pewnym stopniu “żyje” niezależnie od języka mówionego.
Mądrze przemyślany i nie uzależniony sztywno od wymowy standard języka
pisanego stwarza przy tym szansę na to, że będziemy mieli jedno śląskie
pismo a mieszkańcy poszczególnych części naszej małej ojczyzny będą mogli
zachować specyficzne cechy swoich gwar, które, jak wiadomo, różnią się
od siebie.
Nie oszukujmy się, że we współczesnym zglobalizowanym świecie, pod
ogromnym naciskiem mediów, nasza mowa przetrwa długo jako gwara. W tej
chwili wydaje się, że obserwujemy jej „rewitalizację”, wydawane są różne
książki po śląsku, organizuje się konkursy gwary itp. Jednocześnie z „rewitalizacją”
obserwujemy jednak tendencję do zamykania naszej mowy w swoistym cepeliowym
rezerwacie albo muzeum osobliwości. Słyszałem jakiś czas temu wypowiedź
prof. Miodka, który stwierdził, że bardzo nie lubi, gdy do konkursu „Po
naszymu, po śląsku” zgłaszają się ludzie mówiący gwarą z naleciałościami
inteligenckimi, tj. wtrącającymi do swoich wypowiedzi wymawiane po śląsku
słowa zapożyczone z polskiego a oznaczające różne pojęcia abstrakcyjne.
Prof. Miodek stwierdził, że to nie jest autentyczna gwara i że on jako
juror takich kandydatów natychmiast odrzuca. W takim stwierdzeniu zawarte
jest przekonanie, że po pierwsze gwara jest językiem zarezerwowanym tylko
dla ludzi niewykształconych, po drugie, że gwara musi być językiem już
zamkniętym, tj. że nie może ona rozwijać się, przyjmować nowych słów i
rozszerzać swojego zakresu zastosowania. Oznacza to w istocie jej zamknięcie
w rezerwacie hasioka, familoka i nudelkuli. W miarę, jak Ślązacy posługujący
się swoją mową będą się coraz lepiej kształcić i wzbogacać swoje słownictwo,
w miarę jak zmieniające się warunki życia spowodują odchodzenie w przeszłość
starych sprzętów, zawodów, czynności i sposobów życia, coraz mniej ludzi
będzie w stanie spełnić tak zdefiniowane kryterium autentyczności gwary
- stanie się więc ona językiem martwym. O ile kiedyś naszej mowie szykowano
„śmierć gwałtowną” poprzez szykanowanie ludzi się nią posługujących, to
takie podejście nazwałbym zabójstwem z podaniem środków znieczulających,
czyli eutanazją. Nie chcemy rezerwatu! Chcemy, aby nasza mowa żyła, chcemy
jej używać na co dzień w różnych sytuacjach i okolicznościach!
I nie zmieni tej sytuacji napisanie stu nowych słowników gwarowych.
Pisanie kolejnego słownika gwarowego tym różni się od pracy nad uporządkowaniem
języka, że jest tylko biernym dokumentowaniem istniejącego stanu rzeczy,
np. po to, żeby ocalić od całkowitego zapomnienia to, co zanika. Jest to
zbieranie eksponatów do muzeum, po to, żeby za jakiś czas nowoczesny człowiek
mógł
sobie w tym muzeum pooglądać różne dziwaczne sprzęty, których już się dawno
nie używa. Praca nad językiem zakłada natomiast dążenie do jego wydoskonalenia
po to, żeby go używać i żeby ludzie mogli sprawniej się swoją mową posługiwać
w zmieniającej się rzeczywistości.
I to jest właśnie moim zdaniem najistotniejsza różnica między językiem
a gwarą. Nie ma tu znaczenia to, czy eksperci uznają, że nasza mowa wystarczająco
różni się od polskiego, żeby ją nazwać językiem. Nie ma sensu się o to
kłócić. Jeśli nasza mowa zostanie nazwana dialektem, mówmy o skodyfikowanym
dialekcie, jeśli nazwą ją gwarą, mówmy o literackiej formie gwary. Istotne
jest to, czy zdobędziemy się na pracę nad jej uporządkowaniem i wydoskonaleniem.
Aby przeciwstawić się negatywnym stereotypom i przywrócić naszej
mowie piękno, sami musimy się nauczyć pięknie jej używać. Potrzebujemy
ludzi, którzy pokażą nam na nowo, jak to zrobić, jak można się naszą mową
posługiwać pięknie, ozdobnie i elegancko. Potrzebujemy więc literatury:
wierszy, pieśni, poematów, powieści, na których będziemy mogli się wzorować.
Uporządkowana, logiczna struktura języka jest czymś w rodzaju rusztowania
albo szkieletu, w oparciu o który może powstać piękny utwór. Utalentowanych
pisarzy i poetów nie można zaplanować i „wyprodukować”. O to możemy się
tylko modlić. Można natomiast zrobić ten pierwszy krok i dać im „narzędzie”
w postaci szlachetniejszej formy języka. Możemy też stworzyć atmosferę
sprzyjającą rozwojowi potencjalnych talentów.
Nie oszukujmy się też, że nie będzie nas to nic kosztowało. Opracowanie
standardu będzie wymagało od nas wielkiej pracy. Przy pracy tej nieocenioną
pomocą mogą wprawdzie być chcący pisać po naszymu entuzjaści amatorzy,
ale decydującą jej część powierzyć trzeba dysponującym odpowiednią wiedzą
specjalistom. Tych specjalistów musimy znaleźć, musimy im stworzyć odpowiednie
zaplecze i warunki. Musimy też zdobyć się na pewien kompromis, bez którego
nie da się stworzyć jednego standardu wspólnego dla wszystkich. Ten kompromis
nie może jednak polegać na tym, że większość przegłosuje mniejszość, ale
na poszukiwaniu form piękniejszych, bardziej uporządkowanych i logiczniejszych.
Naszej mowy wszyscy będziemy musieli się niejako na nowo nauczyć. Jednak
Śląsk jakiego chcemy, Śląsk wierny tradycji, ale kreatywny i twórczo wychodzący
naprzeciw nowym wyzwaniom nie spadnie nam z nieba za darmo. Ten Śląsk będzie
wymagał wysiłku, także intelektualnego. Ale inny Śląsk nie jest możliwy.
Śląsk byle jaki, głupawy i dziadowski zaprzeczyłby swoim korzeniom. Na
wysiłek uporządkowania języka zdobyło się wiele mniejszych społeczności
europejskich, takich jak Katalończycy, Baskowie, Walijczycy a także bliscy
nam geograficznie i etnicznie Kaszubi. Uważam, że nie jest to zadanie,
jakie przekraczałoby i nasze możliwości.
Przez lata prześladowań nauczyliśmy się, że sposobem na zachowanie
naszej tożsamości jest trwanie przy tradycji naszych przodków. Wydaje mi
się, że uparte trzymanie się starych zwyczajów i sposobów życia stało się
nawet pewnym wyznacznikiem śląskości. Niestety, w zmieniającym się coraz
szybciej świecie ta tradycja staje się dla nas coraz bardziej więzieniem.
Bierne powielanie starych schematów może zarówno jednostki, jak i całe
społeczności doprowadzić do katastrofy. Opracowanie języka pisanego, którego
opanowanie będzie wymagało intelektualnej aktywności, może nam pomóc wydobyć
się z zaklętego kręgu starych sposobów życia. Może ono mieć kolosalne znaczenie
dla przemiany naszej mentalności. Bycie Ślązakiem nie będzie już polegało
na biernym poddaniu się starym wzorcom. Bycie Ślązakiem będzie wymagało
aktywności woli i umysłu. Być może dzięki temu otworzy się dla nas ścieżka,
którą podążając będziemy mogli się rozwijać nie zaprzeczając swej tożsamości.
Myślę, że powstanie języka mogłoby wyzwolić wielki niewykorzystany potencjał,
który, jak uważam, wciąż drzemie ukryty w wielu wspaniałych ludziach, których
na Śląsku jeszcze sporo zostało.
Nowoczesny język powinien stać się podstawą naszej tożsamości. Paradoksalnie
podstawa taka, jako byt niematerilany, może w zmieniającym się świecie
okazać się trwalsza niż wszystkie wartości i zwyczaje związane z kulturą
przemysłową, na które tak chętnie się powołujemy. Przy tym w przeciwieństwie
do takich cnót jak pracowitość czy uczciwość, które mają charakter uniwersalny,
język jest wartością unikalnie nasza, pozwoli więc on nam wyróżnić się
spośród ogółu.
Obawiam się, że jeśli na wysiłek uporządkowania języka się nie zdobędziemy,
nasza mowa skazana jest na wymarcie. Jeśli chcemy sobie zaoszczędzić problemów
i cierpienia, powinniśmy jak najszybciej o niej zapomnieć i przejść na
standardowy polski. Tylko czy Śląsk będzie wtedy jeszcze Śląskiem, czy
Ślązacy będą Ślązakami. Czy nie będzie tak, że pozostanie po nas tylko
nazwa geograficzna i rezerwat - parę starych strojów w muzeum, no i może
jeszcze „krupniaki” w karczmie piwnej na „barborkę”?
Myślę, że tak naprawdę wszyscy i ci, którzy jeszcze próbują walczyć,
i ci, którzy już stracili nadzieję, instynktownie czujemy, że to byłby
koniec. Gdzieś głęboko w naszych sercach wiemy, że nasza mowa jest dla
nas czymś bardzo ważnym. Czujemy więź z tym godaniem, które kojarzy się
nam z domem, z rodziną, ze wszystkim co swojskie, z godaniem, które jest
tak bardzo nasze, jak to tylko jest możliwe. I wszystkich nas boli, że
ta mowa zanika, „wycofuje się”. Niektórzy z nas ten ból próbują tłamsić
w sobie, inni otwarcie manifestują bunt. I wychodzi ten żal z nas w różnych
sytuacjach i przemienia się w agresję, w pretensje do siebie nawzajem,
do sąsiadów, do świata, do historii, która zmiata z powierzchni ziemi to,
co dla nas drogie. Myślę, że jeśli nasza tożsamość, nasz język byłyby należycie
zabezpieczone, te żale i pretensje uległyby wyciszeniu.
I właśnie ta nasza tęsknota za byciem sobą, nasze dążenie do tego,
żeby trwać, jest wystarczającą motywacją, żeby się tego zadania podjąć.
Nie potrzebujemy uzasadnienia ekonomicznego, historycznego, nie musimy
mówić o narodzie ani o niepodległości, nie ma w tym żadnej polityki. Wystarczy,
że tego mocno chcemy i że nie ma w tym nic złego. No bo cóż może być złego
w tym, że chcemy mówić i pisać pięknie po naszymu. Czy to może szkodzić
Rzeczypospolitej, czy to może zagrażać Polakom, Europie, światu? Komuż
prócz samego diabła może szkodzić dążenie do piękna, porządku i harmonii?
Istnienie pośród ogółu społeczności o własnej, różnej od przyjętej
przez większość tradycji, kulturze, o innym języku jest jakby oglądaniem
świata z innego punktu widzenia. Dopiero jako społeczność wieloetniczna
możemy postrzegać rzeczywistość w całym jej bogactwie i we wszystkich wymiarach.
Prawdziwym niebezpieczeństwem dla Polski jest płytka mono-kultura, która,
jak pokazuje doświadczenie, w krótkim czasie prowadzi do pustyni. Naszej
zakorzenionej w tej ziemi od półtorej tysiąclecia etniczności nie zastąpi
importowanie z Afryki kilku Murzynów, nawet jeśli ci Murzyni strzelają
gole w każdym meczu.
Joozek,
Politehnika Gliwicko